Kobieta opisująca swój poród po zażyciu LSD jest człowiekiem nieodpowiedzialnym aż do szaleństwa czy wolnym do granic ludzkich możliwości? Ralph Mentzer, znany badacz i publicysta psychodeliczny, przeprowadził ciekawy wywiad z młodą matką, entuzjastką lizergamidów i przedstawicielką hippisowkiej kontrkultury lat sześćdziesiątych.

Uwaga! Środki psychoaktywne są niebezpieczne dla kobiet w ciąży, a o LSD podejrzewa się, że może doprowadzać do przedwczesnego rozwiązania – co wywiad tylko potwierdza.

 

Odbierający poród lekarz – człowiek na tyle odważny, by zaryzykować zawodowym wykluczeniem – miał wówczas za sobą już cztery tak niezwykłe przedsięwzięcia. Medyk podejmuje się uczestnictwa w podobnych zabiegach jedynie po uprzedniej serii badań i wyłącznie wtedy, gdy kobieta ma doświadczenie z LSD. Tożsamość lekarza nie została ujawniona. Według zwolenników podobnie radykalnych rozwiązań, u podstaw takiej procedury leży fakt, iż poród nie jest chorobą ani urazem. Zatem całkowicie nienaturalnym jest poród w szpitalu i tworzenie wokół matki otoczki pewnego rodzaju dysfunkcji czy traumy. Przez miliony lat zwierzęta – w tym ludzie – rodziły się bez szpitali, leków, drogiego sprzętu. Nie neguje to niezwykłego postępu technicznego, który pozwolił niebywale obniżyć umieralność wśród noworodków i ich matek. Jednak w większości przypadków poród jest dla kobiety naturalną funkcją biologiczną i instynktownie wie ona, w jaki sposób powinna wydać na świat dziecko. U wielu kobiet sprawdzają się techniki naturalnych porodów, opanowanie oddechu i ćwiczenia relaksacyjne.

Ralph Metzner: Kiedy urodziłaś dziecko? 

Karin: Około trzech tygodni temu.

To twój pierwszy potomek? 

K: Tak.

Ale nie pierwsza sesja z LSD?

Nie.

Ile było ich wcześniej?

Około trzydziestu.

Czego oczekiwałaś i na co byłaś przygotowana, jeśli chodzi o LSD? 

Myślałam, że pozwoli mi to zrelaksować się i silniej odebrać doświadczenie porodu. Czuć każdy skurcz jeszcze mocniej. No i tak sobie myślałam… Kwas jest piękny, poród też może być przepiękny – chciałam spróbować i zobaczyć co stanie się jeśli… Myślałam, że to będzie piękne i na szczęście takie było.

W którym momencie przyjęłaś LSD? 

Jakoś o 22 w środę wieczorem. Poród zaczął się o 10 w czwartek, więc miałam za sobą już większą część tripa.

Wiedziałaś, że możesz zacząć rodzić tego dnia? 

Niezupełnie, ale będąc we wtorek u lekarz stwierdziłam, że jestem już gotowa na przyjście dziecka. Zrobiliśmy USG i jasne było, że będę rodzić w przeciągu paru dni.

Więc dziecko pojawiło się jakieś cztery godziny po tym, jak zjadłaś LSD? 

Nie, jakieś dwanaście czy piętnaście godzin później.

Czyli właściwie byłaś wciąż pod wpływem.

Tak. Chyba wygląda to tak, że kiedy przyjmuję wysoką dawkę LSD i zapalę to marihuanę pod koniec tripa, to odczucia wracają. Tak jest za każdym razem. Kiedyś zdarzyło mi się, że po dwunastu godzinach byłam wystrzelona bardziej niż wcześniej. Więc polegałam na tym i tym razem. Kiedy byłam na stole porodowym, miałam wizje z wiszącymi na ścianach obrazami. Gdy dziecko było już na świecie, widziałam te cuda na ścianie i miałam wizje, dostrzegałam wzory… Wiem, że nadal byłam na kwasie podczas porodu, bo pomiędzy skurczami mogłam zobaczyć te wszystkie rzeczy. Właśnie wtedy mi to pomogło, na dwie ostatnie godziny porodu.

Na czym polegała ta pomoc?

W czasie gdy skurcze były bardzo częste, przychodziły jeden po drugim, ciężko było mi  przeć. LSD sprawiło, że ten czas stał się znacznie bardziej wartościowy. Sprawił, że to co trwało minutę lub dwie, odbierałam jako wieczność. Poza czasem widziałam mnóstwo możliwości, zdając sobie przy tym sprawę, że w normalnych warunkach nie ma na to miejsca.

Miałaś wtedy jakieś omamy, halucynacje, odlatywałaś myślami? 

Wiesz, to zabawne, ale nie myślałam wtedy o dziecku. Po prostu zapadałam się w coś całkiem innego, jakąś inną przestrzeń. Stałam się Kosmosem. Gdy przychodził skurcz – czułam go czysto, kompletnie. Nim upłynęła trzecia godzina porodu mogłam powiedzieć, że zbliżają się ostateczne skurcze, a później nadszedł peak. Kiedy to minęło, nie myślałam o dziecku ani o czymkolwiek. Prawie spałam. Nie był to sen, ale byłam bardzo zrelaksowana. Właściwie zapadałam się w łóżko.

Co z bólem? Czy w ogóle czułaś ból? 

Cóż, skłamałabym nazywając ten poród bezbolesnym. Nie sądzę, by kwas redukował ból. Koncentrowałam się na porodzie, jako na najważniejszej rzeczy, pamiętając przy tym o spokoju ducha i kojącym oddechu. To było bolesne, każdy skurcz bolał. Ale nie myślałam o bólu. Skupiałam się tylko na tym, na czym powinnam, a przecież skurcze miały mi to ułatwić.

Czyli współpracowałaś ze swoimi skurczami?

Tak. Nie mogę powiedzieć czy było to bolesne, czy nie. Sama jeszcze tego nie odkryłam.

Często ból ma podłoże w psychice, a nie fizjologii. Może chodzi o to?

Nie wiem czy w tym rzecz. Jeśli chodzi o psychikę, to byłam pewna braku bólu. Bo wiedziałam, co robię, i że nie powinno mnie to boleć. Myślałam, że to będzie po prostu bardzo dziwne uczucie, a ciało będzie wiedziało, co robić. Nie rozumiałam czym jest skurcz, bo było to dla mnie zbyt abstrakcyjne. Naprawdę trudno stwierdzić, czy to było bolesne, czy nie. Jestem pewna, że przez pierwsze dwie godziny – zanim pojęłam co się dzieje, zanim zdałam sobie sprawę jak daleka i trudna czeka mnie droga – mówiłabym, że boli. Gdy koncentrowałam się na tym uczuciu, wyobrażając sobie, że potrwa to jeszcze dwanaście godzin, to ból był ogromny. Jednak ostatnie dwie godziny przeżyłam bez niego. To było to samo uczucie, ale nie sprawiało mi cierpienia, bo nie koncentrowałam się już na nim, ale na moim zadaniu.

Byłaś w swoim domu?

Tak.

Przyszedł do ciebie lekarz? 

Tak. Poczułam mój pierwszy ból, jeśli chcesz nazywać to bólem, o dziesiątej. Doktor przyszedł o dwunastej – dwunasta trzydzieści, a dziecko urodziło się o 14:36. 

Jak było podczas tego właściwego porodu? 

To było po prostu piękne. Do momentu przyjścia lekarza zwyczajnie… Na początku byłam bardzo zdezorientowana, a przede wszystkim wyjątkowo zmarznięta. Chyba właśnie wtedy zaczęłam myśleć o tym, co sprawiło, że początek był tak ciężki. Dziwne to były rzeczy. Chociaż było mi zimno, a nawet lodowato, to miałam potrzebę bycia nagą, nie chciałam by cokolwiek mnie dotykało. Towarzyszący mi chcieli pocierać mnie po plecach, by mnie rozgrzać. Czułam się dobrze, ale byłam wyziębiona i kładziono na mnie koce lub wsadzano pode mnie poduszki – a ja czułam się jakby ogłuszona i nie mogłam się ruszyć. Ale kiedy przyszedł lekarz i powiedział, że potrwa to jakieś dwie godziny, odetchnęłam z ulgą. Naprawdę, jedynym trudnym czasem były te pierwsze dwie godziny, gdy myślałam, że czeka mnie dwanaście godzin męki. Byłam pewna, że potrwa to do północy, ale lekarz powiedział: „nie żartuj, w mgnieniu oka będziesz mamą”. Od tego momentu było piękne. A same narodziny były cudowne, były mistyczne. Nie pamiętam żadnego bólu. To było jak szaleństwo, jak czyste piękno. 

Kto ci towarzyszył? Twój mąż?

Mąż, siostra, lekarz. Trzy osoby. Mieliśmy korzystać z pomocy pielęgniarki, ale stało się to tak szybko, że dziecko urodziło się nim odebrała ze sterylizacji cały potrzebny sprzęt. To znaczy: to wyszło naprawdę całkowicie zwyczajnie. 

Kiedy przyjechała ze sprzętem, dziecko było już na świecie. 

Tak, było już po wszystkim… Cóż, miesiącami przygotowywałam wszystkie potrzebne do porodu rzeczy, prześcieradła i całą resztę, którą sterylizowała pielęgniarka. Dziecko jednak urodziło się na plastikowy obrus, a kiedy przyszło do wiązania pępowiny, nie mieliśmy nic, czym można było ją odciąć. Powiedziałam mojej siostrze, że w pudle z maszyną do szycia powinna być wstążka. Do przecięcia pępowiny użyliśmy nożyc fryzjerskich. Siostra przyniosła nóż, nożyczki i taśmę, bo nie było czym odciąć i zawiązać pępowiny. Przecięła pępowinę nożycami fryzjerskimi i przewiązała wstążką, a dziesięć minut później zjawiła się pielęgniarka. Przegapiła wszystko. Zadałam sobie tyle trudu, żeby przygotować wszystkie te rzeczy do sterylizacji… I nic nie zostało użyte! Wszystko czego używaliśmy było zupełnie niesterylne.
 
Nie użyłaś żadnych środków znieczulających?
 
Nie. Jakoś w trakcie pierwszych dwóch godzin poprosiłam o leki rozluźniające mięśnie, bo miałam wrażenie, że jestem spięta. Trudno było mi stwierdzić czy jestem odprężona, czy nie. Byłam zdezorientowana, ale móż mąż powiedział: “jesteś bardzo zrelaksowana”. Mocno się na tym koncentrowałam. Dojmujące rzeczy działy się z moim ciałem – plecy wyginały się w łuk i nie mogłam tego powstrzymać – po prostu wyginały się całkowicie, a mąż układał mnie z powrotem. 
 
Byłaś tam w czasie porodu, więc nie czułaś się zdezorientowana czy zagubiona?

Tak, byłam zdezorientowana. Brałam udział w zajęciach w szkole rodzenia, ale ona przygotowuje na coś, co wcale się nie dzieje… Przynajmniej u mnie się nie wydarzyło. Dużo mówiło się o tym, że kobieta rodząca będzie mieć ochotę na to, by przeć. Lekarz pytał mnie ciągle: „Czujesz parcie? Czujesz ochotę, by przeć?” Ale ja nie wiedziałam… Nie mogłam na to odpowiedzieć, bo byłam do tego stopnia zdezorientowana. Jednak lekarz mi pomógł, wskazał, jak powinnam oddychać, ale to akurat była bułka z masłem.
Roland [mąż Karin]: To była najłatwiejsza część.
K: To fakt. Nie mieliśmy żadnych podpórek na nogi. Mieliśmy dostać podpórki od męża B. (zrobił je dla niej), więc zadzwoniliśmy… musiała być dwunasta trzydzieści i lekarz już tu był… zadzwoniliśmy po podpory, a on powiedział: „Och, rozebrałem je i użyłem wszystkich kawałków do czegoś innego”. Więc ja… naprawdę ich potrzebujesz, bo musisz mieć na co naciskać, więc on trzymał jedną nogę, a moja siostra drugą. Przez jakiś czas miałam stopę na ramieniu doktora, wiesz, potrzebowałam czegoś, żeby się usztywnić. Miałam stopę na jego ramieniu i to było szalone. Obserwowałam — głównie obserwowałam ich twarze — mojej siostry i jego, bo tak naprawdę nie widziałam, co się dzieje, byłam zbyt zajęta pracą, ale potem, kiedy główka zaczęła wychodzić, kazał mi usiąść, podnieść się i powiedział: „Chcę, żebyś to zobaczyła”.

Usiadłaś? Udało ci się usiąść?

K: Oj, tak. Byłam mocno pobudzona.
R: Dawał ci instrukcje, których przestrzegałaś bardzo wyraźnie. Jeśli Karin zapomniała o którejś z nich, mówiłem jej o oddychaniu, poruszaniu się czy relaksie, a ona reagowała natychmiast. W rzeczywistości lekarz powiedział, że to, co czuje w LSD, to fakt, że normalnie, bez niego, mamy skojarzenia i trzymamy się tych skojarzeń, a LSD pozwala matce niekoniecznie kojarzyć fizycznej reakcji z bólem ani z czymkolwiek, co ktokolwiek kiedykolwiek powiedział jej o porodzie — pozwala podejść do tego bez uprzedzeń.

Jak mocne było LSD?

K: Nie wiem. Powiedziałabym, że to było trochę więcej niż minimalna dawka. To były papiery z ulicy, więc kto wie? Zdarzało mi się brać dużo większe dawki, więc powiedziałabym, że było to więcej niż minimalna dawka, ponieważ byłam bardzo, bardzo… Nie byłam tylko na haju, byłam naprawdę… Byłam na bardzo wysokim poziomie nawet po dwunastu godzinach.

Wspomniałaś coś, że marihuana też miała w tym udział…

Och, tak było. Paliłam o dziewiątej rano, a moje wody pękły o dziewiątej rano – właściwie nie miałam żadnych bólów do dziesiątej. Paliłam sporo o dziewiątej, ponieważ miałam problemy ze snem, a nie wiedziałam, że powodem tych problemów było to, że całą noc rodziłam i najwyraźniej byłam bardzo zrelaksowana. W noc przed porodem nie spałam w ogóle i nawet nie wiedziałam, że rodzę, bo skurcze zaczynały się co dwadzieścia minut, a ja byłam po prostu naćpana LSD, a on spał, a ja po prostu paliłam sama. Spędziłam całą noc patrząc na niego. Patrzyłam, jak śpi, i cały czas czułam się nieswojo. I tak robiłam oddychanie, bo robiłam je już mniej więcej przez ostatni miesiąc ciąży. Miałam jakieś skurcze i już wtedy go używałam, więc chyba dzięki LSD przechodziłam przez to, nie wiedząc nawet, że rodzę.

Pomocne było dla ciebie szkolenie z zakresu naturalnego porodu, które przeszłaś? Jak wiele z tego zrobiłaś?

Cóż, właściwie nie sądzę, żeby to wiele dało. Jedyną rzeczą, w której mi pomogło, było oddychanie i fizyczna wiedza o tym, co się ze mną dzieje. Wiedziałam, jak wygląda moja szyjka macicy, wiedziałam, że się otwiera i mogłam sobie wyobrazić, gdzie będzie główka dziecka, więc to pomogło. Myślę, że to była dobra rzecz w tym wszystkim. Reszta była stratą czasu, jak ćwiczenia. W zasadzie opuściliśmy dwa zajęcia. Nie sądzę, żeby to wiele dało – w rzeczywistości dało mi… Spodziewałam się, że wiele rzeczy się wydarzy. Sama mogłabym prowadzić o wiele lepsze zajęcia. Myślę, że tak naprawdę nastawiają cię na rzeczy, które po prostu się nie zdarzają. Sprawiają, że myślisz, iż wszystko wydarzy się w określonym czasie, a mój poród, choć był niezwykły, nie przebiegł tak, jak się spodziewałam, dlatego przez pierwsze dwie godziny byłam przerażona. Myślałam, że skurcze będą się pojawiać co dwadzieścia minut, zrobię trochę oddychania i wiesz, to będzie dwanaście godzin, a potem nagle, gdzieś o dziesiątej, zaczęłam mieć je co cztery lub pięć minut. Tak to się zaczęło, więc miałam złe wyobrażenie z zajęć.
R: Chcesz powiedzieć coś o oddychaniu. Odkrywasz, jak się wydaje, że istnieje twój własny, naturalny rytm oddychania.
K: Jesteś po prostu jak zwierzę. Kiedy zaczęłam mieć ochotę na parcie — to było szybkie, wiesz — lekarz był przy telefonie, a moja siostra — moja siostra miała wcześniej dziecko, więc wiedziała, jak mnie zbadać, mogła powiedzieć, co się dzieje — powiedziała: „O, główka się pokazuje”, a on się tego nie spodziewał. A ja próbowałam robić oddech, którego mnie uczyli, albo ty mi mówiłaś — mówiłaś: „Słuchaj, masz robić to czy tamto”. Tak, powiedział do słuchawki, a ja spróbowałam i nie zadziałało, i powiedziałam, że spróbowałam i nie zadziałało, to nie pomogło wtedy. Pomogło we wcześniejszym momencie, ale do tego czasu — to było około czterdziestu pięciu minut przed urodzeniem dziecka — robiłam oddechy, których nikt mi nie powiedział. Byłam jak zwierzę. Robiłam tylko to, co pomagało. On powiedział: „Nie robisz tego, co trzeba”, a ja powiedziałam: „Cóż, robienie tego, co trzeba, nie pomaga” i „To działa, więc to jest to, co będę robić” — i nie było to nic, czego ona mnie nauczyła. Ale potem, myślę, że nie zrobiłabym tego naturalnie, gdybym nie miała tych zajęć. Nie wiedziałabym. Pewnie bym po prostu krzyczała, bo wiem, że tak zrobiła moja siostra. To znaczy, urodziła dziecko, miała piętnaście godzin porodu i krzyczała przez cały czas. Jestem pewna, że ja też bym tak zrobiła, bo kilka razy prawie to zrobiłam.

Oczywiście nie wiedziałabyś, bo to twoje pierwsze dziecko, ale czy w ogóle zauważyłaś coś niezwykłego w dziecku?

Wiem jedno, że nie mogę kierować się żadnymi książkami, ponieważ on – i lekarz powiedział to samo – on naprawdę jest co najmniej o dwa tygodnie do przodu w stosunku do innych niemowląt. Jest bardzo czujny, a w książkach czytam, że powinien spać dwadzieścia dwie godziny na dobę, wiesz, tak mówią, a on leży dziesięć godzin z rzędu z może pięciominutowymi drzemkami. Jest bardzo rozbudzony i czujny, a pierwszą rzeczą, jaką zrobił po narodzinach, było otworzenie oczu. Nie potrafi się jeszcze skupić, bo nie potrafi, ale porusza oczami. Rozpłakał się dopiero w momencie, gdy jego usta się rozluźniły.
R: racja, nie potrzebował nawet klapsa.
 
Zazwyczaj muszą dawać im klapsy?

K: Muszą je obudzić.
R: Z powodu narkotyków.
K: Jeśli matka używa znieczulenia, które ją usypia, to dziecko też śpi.
R: Dlatego myśleliśmy, że dziecko dostaje to, co matka, więc jeśli ona wzięła LSD, to zakładam, że dziecko też dostaje LSD.
K: Och, na pewno! Po pierwsze – on jest taki zrelaksowany. Większość niemowląt jest cały czas napięta.  A on był rozluźniony od chwili urodzenia, prawda? Po prostu był przepiękny. Lekarz powiedział, że jest dwa tygodnie przed innymi noworodkami, bardziej rozbudzony i fizycznie bardziej zrelaksowany. Chyba tyle zajmuje niemowlakom, żeby przyzwyczaić się do bycia poza łonem. Nadal reagują na samo bycie w powietrzu. I to, że nie trafiłam do szpitala, to też była ważna rzecz.
 
Czy w ogóle się o coś bałaś?
 
Ani trochę. Kiedy zaczęłam rodzić, jedyne, o czym myślałam – i mówię to poważnie – to zegar. A przede wszystkim nie zamierzałam dzwonić do lekarza, siostra zadzwoniła, bo powiedziałam sobie: „No, chyba rodzę, ale to nie jest jeszcze ta chwila, niech sobie odpoczywa, to jego dzień wolny.” Siostra była mądrzejsza i zadzwoniła. A kiedy czekałam na jego przyjście, najbardziej zdawałam sobie sprawę z jednego: że gdybym poszła do szpitala, na pewno nie przeszłabym przez to równie dobrze. Nie, bo w szpitalach są krzyczące kobiety, a poza tym, jak wejdziesz, od razu podchodzą dwie obce pielęgniarki, golą cię i robią ci lewatywę. Mogę sobie wyobrazić siebie próbującą użyć basenu w trakcie porodu. To, co naprawdę uczyniło to tak komfortowym, to fakt, że byłam u siebie i nie było wokół mnie nikogo obcego – tylko ludzie, których kocham: mój lekarz, mój mąż i moja siostra. Nie mogło być lepiej. Nie poszłabym do szpitala za żadne skarby – kazałabym mu się urodzić prawie bez lekarza, myślę. Naprawdę myślę, że bym to zrobiła. Sam pomysł, że musiałabym jechać do szpitala, byłby dla mnie nie do zniesienia.
 
Czy masz jakieś ogólne wrażenia z tego, co pamiętasz?
 
R: Najbardziej pamiętną rzeczą było to, że po wszystkim miała tyle energii, a ja byłem całkowicie wyczerpany. To bardzo emocjonalne przeżycie.
 
Ty nie brałeś wtedy LSD?
 
Nie brałem. Jeśli chodzi o LSD – wiem, że jedno jest jasne: używanie LSD przy porodzie wymaga dalszych badań. Po pierwsze, myślę, że rzeczywiście pomaga pojawieniu się skurczów. Po drugie, myślę, że relaksuje.
K: A ja myślę, że znacznie przyspiesza.
R:  Właśnie – wydaje się, że jest w LSD coś, co wywołuje skurcze w ciele. I myślę, że daje większą kontrolę nad mięśniami – a tego właśnie szukasz przy porodzie. Tego możesz oczekiwać od LSD i tego potrzebujesz. A jeśli szukasz relaksu, to jego też znajdziesz w LSD,
K: Kiedy kazał mi przeć, najpierw halucynowałam, a jak powiedział „przeć”, widziałam te wszystkie rzeczy i po prostu nie wierzyłam w siłę, jaką mam. Coś kliknęło i wiedziałam, że to naprawdę nadchodzi. A on mówi: „Jedno pchniecie i po wszystkim.” I zrobiłam to w jednym. To było naprawdę coś.
 
Powiedziałeś, że miała potem dużo energii. Byłaś rozbudzona?
 
Nie poszłam spać przez dwa dni. Byłam tak nakręcona. Leżałam na stole, dziecko właśnie się urodziło, a ja chciałam wstać i wziąć prysznic. Jadłam jabłko, kiedy on odbierał łożysko. Wspięłam się na stół porodowy – oni kombinowali, jak mnie na niego wciągnąć, mówili: „No to jak ją tam wciągniemy? Jak ją podniesiemy?” – a ja tymczasem wspięłam się sama i zeszłam z niego o własnych siłach.
R: Po porodzie zjedliśmy duży chiński obiad.
K: Sprzątnęliśmy stół, na którym urodziło się dziecko, przenieśliśmy go tu i wszyscy usiedliśmy do chińskiego jedzenia. Dziecko nie miało nawet dwóch godzin, leżało tu na łóżku, a my tylko na nie patrzyliśmy.
R: Mamy kilka zdjęć zrobionych zaraz po porodzie. Widać, jak się uśmiecha żywa, czujna, przytomna.
K: Byłam rozbawiona. Po prostu nie mogłam zasnąć.
 
Tak właśnie czują się matki po porodzie w całym królestwie zwierząt.
 
R: Lekarz mówił, że według niego LSD sprawiło, że byłaś bardziej jak zwierzę. Ludzkie zwierzę.
K:  Dokładnie tak było.
R: Bo zapominasz, jaką jesteś istotą społeczną, i stajesz się bardziej zwierzęciem.
K: I tak jak przy LSD – ta szczerość – nie obchodzi cię, czy płaczesz przy przyjaciołach. Właśnie tak na mnie zadziałało. Nic innego się nie liczyło, po prostu robiłam to, co robiłam – rodziłam, i nic innego nie miało znaczenia. I najwyraźniej dobrze mi poszło, bo poszło szybko i było pięknie.
R: Lekarz zauważył też, że skoro jej poród trwał tylko cztery godziny, to bardzo prawdopodobne, że przez całą noc – kiedy była jeszcze na LSD – rodziła, po prostu bez swojej wiedzy.
K:  Och, jestem pewna, że tak było, naprawdę, jak teraz o tym myślę. Kiedy wzięłam LSD, byłam z przyjaciółką – wzięłam specjalnie ten trip, żeby przygotować się na dziecko, bo czułam, że jakoś nie wchodzę w to do końca. Lekarz też mi mówił: musisz się w to wciągnąć, przygotuj dla niego miejsce. Więc tamtej nocy posprzątałam cały dom, pomalowałam pokój i powiesiłam moje ulubione obrazy. Przygotowywałam się na dziecko i na trip jednocześnie. Wzięłam LSD, bo chciałam poczuć, jak dziecko się rusza – myślałam, że to spotęguje odczuwanie kopnięć i tak dalej. Myślałam, że może będę mieć jakąś wizję. Ale nic takiego się nie wydarzyło. Za następnym razem, jak będę rodzić, chcę wziąć kiedy już naprawdę jestem w środku porodu. Tym razem nie mogłam wziąć kolejnej dawki, kiedy zaczęłam rodzić, jeszcze nie schodziłam z pierwszej, więc branie kolejnej byłoby szaleństwem. Ale to dobrze działało. Byłam z tą dziewczyną, wzięłyśmy razem, chciałam poczuć ruchy dziecka – myślałam, że to mnie wciągnie. Ale było śmiesznie, po prostu w ogóle nie myślałam o dziecku. Było ostatnią rzeczą w moich myślach. I właśnie po to wzięłam LSD – ale nie mogłam się w to wciągnąć. Cały czas próbowałam, a wiadomo jak to jest: po prostu musisz pozwolić, żeby trip niósł cię tam, gdzie chce. Myślałam sobie: no cóż, pewnie jeszcze przez chwilę go nie urodzę, bo tej nocy nie mogę się w to wciągnąć. A tymczasem już rodziłam, nawet o tym nie wiedząc.
 
Miałaś jakieś trudności ze znalezieniem lekarza, który zgodziłby się odebrać poród w domu?
 
Żartujesz? W ogóle nie szukałam – to był w równym stopniu jego pomysł co mój. Myślałam o tym, ale nie byłam jakoś specjalnie zaangażowana ani w posiadanie dziecka, ani w ciążę, ani w lekarzy w ogóle. To znaczy, on był szóstym lekarzem, do którego poszłam. Chciałam po prostu trafić do kogoś, kto pozwoli mi robić to, co chcę, ale jednocześnie zadba o to, żebym zawsze była bezpieczna.
 
A nie myślałaś wcześniej o wzięciu LSD przy porodzie?
 
Myślałam, ale tak naprawdę tego nie rozważałam. Nie, bo po prostu nie wiedziałam.
 
Ale chciałaś urodzić w domu?
 
Zawsze tego chciałam, ale sama nawet bym tego nie szukała. To naprawdę był ten lekarz.
 
On ci to zaproponował?
 
Nie wprost, ale wiedział, że brałam LSD. Zawsze mówię każdemu lekarzowi, do którego idę, jako część historii choroby, że palę trawę. I właśnie dlatego chodziłam do sześciu lekarzy: bo ciągle im powtarzałam: „Nie piję, nie palę papierosów, biorę witaminy, dobrze się odżywiam, ale lubię palić trawę.” I pytałam: „No i co, da się?”, a większość dostawała szału na samą myśl, że palę MARIHUANĘ, nie zastanawiając się nawet, że to nie jest gorsze od kobiety, która co wieczór przed kolacją wypija drinka albo wypala paczkę dziennie. W końcu piąty powiedział: no cóż, nie wie jak to jest, ale chyba nie jest gorsze od picia. A szósty, czyli ten nasz, po prostu otworzył mi oczy na całą sprawę. Powiedział mi o B. Wiedział, że brałam LSD, i opowiedział mi o niej. I od razu mnie to zaciekawiło.
R: My nawet nie wiedzieliśmy o rodzeniu w domu.
K:  Właśnie. On powiedział mi, że nie może odebrać porodu w szpitalu. A ja mu na to: „Chciałabym, żebyś odebrał mój poród”, bo z tamtymi innymi lekarzami po prostu się nie dogadywałam, bo czułam, że sama mogę zadbać o siebie lepiej niż którykolwiek z nich. 
R: On pierwszy to zaproponował. Pamiętam, że jak usłyszałem, pomyślałem: to bardzo odklejone. Mówię: „No, jesteś pewien?” Poszedłem do niego porozmawiać. Wyjaśnił mi, że uważa ją za dobrą kandydatkę, powiedział, dlaczego jego zdaniem lepiej urodzić w domu i dlaczego uważa, że LSD to dobry pomysł – i to miało dla mnie sens. Byłem zaskoczony, że naprawdę wiedział, o czym mówi. Robił to wcześniej i szło dobrze.
K: Widziałam zdjęcia, pojechałam do B., rozmawiałam z nią o tym, pytałam, co myśli. Ale tym, co mnie naprawdę przekonało, było jedno zdjęcie: ona w trakcie porodu, uśmiechnięta, i to było piękne. Po prostu spodobał mi się wyraz jej twarzy. Nie mogło być fałszywe. Po co ktoś miałby zadawać sobie tyle trudu, żeby ci wmówić, że to jest piękne, gdyby nie było? A nikt inny mi tego nie mówił. Wszyscy gadali: och, ból, skurcze, opuchnięte nogi i tak dalej. Pomyślałam, że chcę spróbować.
R: Nie podjęliśmy decyzji, jak myślę, aż do mojej trzeciej wizyty u lekarza. Wtedy zdecydowaliśmy, że to dobry pomysł.
 
Myśleliście o tym przez dłuższy czas?

R: Och, tak. Powiedziałbym, że jakieś trzy miesiące.
K: Moje odczucie było takie, że nie myślałam o tym aż tak intensywnie, bo wiedziałam, co bym zrobiła. Tak jak ze wszystkim, zrobiłabym to, jeśli miałabym na to ochotę w danej chwili. Nigdy nie mówiłam, że to zrobię, i nie mówiłam, że nie zrobię. Zawsze mu mówiłam: „No cóż, może wezmę, a może nie, ale nie licz na to.” Ale gdybym psychicznie nie była na to gotowa, nie wzięłabym.
 
Brałaś LSD w czasie ciąży?
 
Tak. Ale nigdy nie brałam, jeśli nie wiedziałam, gdzie on jest — on nie pozwalał mi brać, jeśli nie wiedziałam dokładnie, gdzie będzie lekarz. I lekarz też chciał wiedzieć, kiedy zamierzam brać.
 
Ile razy?
 
Tylko dwa razy.
 
Przez całą ciążę?
 
K: Tak. I potem ten jeden raz przy porodzie. Brałam zawsze pod koniec, bo się bałam: na początku to nie jest dobry pomysł. Wszystko pod koniec. W piątym miesiącu pomyślałam: nie wiem, czy mogłoby wywołać poród, ale nie chciałam ryzykować, bo mogłoby się urodzić za wcześnie, trafić do inkubatora, po prostu nie sądziłam, żeby warto było ryzykować. W siódmym miesiącu zapytałam lekarza, czy mogę wziąć, i powiedział tak: w siódmym miesiącu dziecko jest już na tyle uformowane, że by przeżyło, i najprawdopodobniej nie wywoła to wtedy porodu.
R: Wiemy też, że tamten raz, kiedy wzięła LSD, zdecydowanie wpłynęło to na dziecko…
K: Racja. Tak, zaczęłam mieć skurcze, ale to był ten trip, bo byliśmy na zupełnie innych falach: on był w swoich sprawach biznesowych, a ja nie chciałam takiego tripu.
 
Kiedy to było?
 
K: Około siódmego miesiąca. Nie miałam dobrego tripu, za bardzo musiałam się skupiać na tym, co on robił, i dziecko na to zareagowało. Nie ruszało się przez mniej więcej osiemnaście godzin, długo, żadnego ruchu w ogóle, a normalnie już wtedy cały czas kopało.
 
Zwykle się ruszało?
 
K: Normalnie. Ale potem się spięło, bo ja byłam spięta.
R: Dziecko siedziało bardzo wysoko, pod klatką piersiową. A po tym jak wzięła LSD, opadło i skuliło się w małą kulkę i tak leżało przez osiem godzin bez żadnego ruchu.
K: Osiem! Więcej niż osiem — naprawdę się bałam. Przysięgam, że to było prawie dwadzieścia cztery godziny. Naprawdę byłam przerażona. Nie myślałam, że jest martwe, czułam, że się kurczy. Ale faktycznie było skulone w kulkę. Bo normalnie nosiłam bardzo równo, prawie nie było po mnie widać, że jestem w ciąży, byłam jeszcze całkiem mała. A tu dziecko opadło i zrobiłam się kompletnie płaska aż do pępka, i wszystko było skulone na dole.
R: W tej maleńkiej kuleczce.
K: Było dziwnie, bo ja byłam spięta i ono na to zareagowało. Chyba po prostu to wyczuło. Potem, jak się uspokoiłam i rozluźniłam, ono też się rozluźniło. To trwało długo, właściwie uspokoiłam się wcześniej niż ono. Pamiętam, że w końcu doszłam do siebie. Zapytałam go i powiedział, że jest okej – i wiedziałam, że jest okej, ale i tak długo czekałam, aż się ruszy.
 
To daje bardzo realne poczucie więzi między matką a dzieckiem.
 
K: Och, tak. Śmieszne, że teraz lekarz nie pozwala mi brać LSD. Mówi, że to nie jest w porządku, bo dziecko dostawałoby przez moje mleko, i właściwie nie byłoby fair dawać mu LSD. Chyba dlatego, że jest za małe.
R: Znam jedno dziecko, ma teraz pięć lat, a jego matka brała LSD od początku ciąży.
K: I jemu też dawała.
R: Kilka razy. I to pewnie jeden z najbardziej błyskotliwych pięciolatków, jakiego można spotkać. Inne dzieci bawią się, nakręcają, w końcu się pobiją albo padają ze zmęczenia. A on — obserwowałem go raz, biega z dziećmi w górę i w dół ulicy, a potem mówi: no dobrze, dość się już bawiliśmy, usiądę i odpocznę, zanim za bardzo się wciągniemy. I zawsze przeprasza się przy stole. Jest niezwykle uprzejmy. Czyta. Robi niesamowite rzeczy. Jest jednym z najbardziej racjonalnych dzieci, do tego stopnia, że jego ojciec uważa, iż podchodzi do wszystkiego zbyt intelektualnie, za mało emocjonalnie. Bo dzieci są bardzo emocjonalne.
K: Powiem ci jedno: wiem, że będę chciała wziąć gdzieś w ciągu najbliższych sześciu miesięcy, a tyle właśnie mam jeszcze karmić piersią. Jeśli trochę mu się dostanie, nie będę się martwić. Bo uważam, że i tak musi być na haju. Palę trawę przy karmieniu, a każdy, kto dostaje tyle trawy w jego wieku, pewnie bez trudu przeszedłby od razu w trip LSD.
R: Kiedy miałem siedemnaście lat, wziąłem meskalinę. To był pierwszy raz i przez jakieś cztery lata nie spotkałem nikogo, kto miałby z nią złe doświadczenia. Potem, jak miałem jakieś dwadzieścia jeden, dwadzieścia dwa lata, zacząłem napotykać ludzi, którzy mówili, że mieli zły trip. Coś było nie tak. Częściowo dlatego, że substancja mogła być zanieczyszczona, ale główny powód, myślę, był taki: do tego czasu każda władza mówiła ci, że będziesz mieć złe doświadczenia. Cały czas to czytałeś i słyszałeś. A ten narkotyk jest śmieszny w ten sposób, jeśli o czymś myślisz, może to wzmocnić.
 
Wiem, że to prawda, bo zadzwonił do mnie kiedyś psychiatra, przyjaciel, który wziął LSD i zadzwonił w środku sesji, bo naprawdę zaczął się panikować. Przeczytał raport w New England Journal of Medicine, w którym trzech psychiatrów opisało kilka przypadków psychotycznych reakcji na LSD — przypadek numer 1, numer 2, numer 3, numer 4 – było ich chyba siedem. I zaczął myśleć: „O Boże, zostanę numerem ósmym w jakimś raporcie psychiatrycznym” i wyobrażał sobie wszystko możliwe.
 
K: Właśnie coś takiego mi się przydarzyło. Myślałam, że nie oddycham właściwie – byłam przerażona.
R: Jest jedna książka – jak ona się nazywa? Doświadczenie psychodeliczne? Gdybyśmy przeczytali ją wcześniej, nie mielibyśmy żadnego problemu. Ale niestety, dotarłem do niej jakoś sześć miesięcy później. Wszystkie objawy, które uważaliśmy za złe, były tam bardzo wyraźnie wymienione jako całkowicie normalne. Gdybyśmy tylko wiedzieli wcześniej, nie mielibyśmy żadnych trudności. Dopiero po przeczytaniu tej książki zrozumiałem, że nigdy więcej nie miałbym złego doświadczenia. Wszystko, co można by nazwać złym doświadczeniem, było w tej książce jako normalne. To tylko kwestia definicji. Na przykład miałem kiedyś jeden objaw, który mnie niepokoił – czułem, że jestem zanurzony pod wodą. A tam przeczytałem, że to dość powszechne i nie musi oznaczać, że naprawdę jesteś pod wodą. A nawet jeśli, to co?
 
Czy znacie system czakr? Ten hinduski system, w którym ciało jest zorganizowane na siedmiu poziomach energii. Są jak soczewki, jak wewnętrzne narządy zmysłu, które informują mózg o tym, co się dzieje w ciele. Hormony regulują skład chemiczny krwi, krążenie, oddychanie i tak dalej. W systemie hinduskim każda czakra jest związana z określonym żywiołem, druga czakra odpowiada wodzie. Jeśli spojrzysz, gdzie ta czakra jest zlokalizowana, a lokalizacja jest bardzo precyzyjnie opisana – odpowiada położeniu nadnerczy, które siedzą na nerkach i zajmują się właśnie wodą: regulują objętość wody w komórkach i między nimi. Jeśli więc patrzysz przez tę soczewkę, twoje obrazy będą wodniste, bo to właśnie tam się dzieje.
 
R: No właśnie, LSD jest śmieszne, bo czasem naprawdę możesz poczuć swoje ciało od środka. Możesz poczuć, jak rosną ci włosy, jak rosną paznokcie, możesz poczuć pory skóry.
K:  Możesz poczuć krew płynącą w żyłach. Och, raz dostałam okresu będąc na LSD, przysięgam, mówiłam ci o tym wcześniej, i to właśnie jedna z rzeczy, które skłoniły mnie do myślenia o LSD przy porodzie. Naprawdę poczułam, jak się zaczyna. Zawsze miałam skurcze i nie przestałam ich nagle dostawać, nadal je mam, ale teraz rozumiem, co wtedy czułam. Poczułam, jak zaczynają się, i uświadomiłam sobie, co je powoduje, tak samo jak skurcze przy porodzie. To dziwne, ale zmienia całe twoje nastawienie. Nie przeszkadza mi to już tak bardzo, bo wiem, co się dzieje, raz to naprawdę poczułam na haju. Poczułam to i złapałam w momencie, gdy przyszło. Naprawdę po prostu to poczułam.
 
Jak długo jesteście małżeństwem?
 
R: Trochę ponad rok.

Oboje braliście LSD jeszcze przed ślubem?
 
K: Tak. I tak się zakochaliśmy, w jakieś dwa tygodnie. Wzięliśmy razem LSD jakieś trzy razy i było tak, jakbym była z nim od roku, nie od dwóch tygodni.
 
Jak uważacie, że LSD wpłynęło na wasze małżeństwo?
 
R: Wiem, że LSD pomaga więcej kochać, po prostu w ogóle. A jeśli masz kogoś, komu możesz tę miłość okazać, jest o wiele łatwiej. Wszystkie kłótnie, wszystkie problemy – o wiele trudniej się w nie wdać, jeśli bierzesz LSD. A zwłaszcza kiedy bierzesz razem – tak trudno ze sobą rywalizować albo chcieć komuś zrobić przykrość. Są ludzie, którzy kłócą się nie dlatego, że się nie lubią, ale dlatego, że tak mają, to im sprawia pewną przyjemność. Na LSD tego się nie robi. Na LSD patrzysz na siebie przez dwie godziny i po prostu się kochacie. I to naprawdę pomaga. Bo nie sądzę, żebym kiedykolwiek kochał tak mocno, jak po wzięciu LSD.
K:  Ja też. Wiesz, po prostu to akceptujesz. Przed nim i przed LSD miałam takie coś: nie chciałam, żeby ktokolwiek mnie kochał, i nie chciałam kochać nikogo. A potem LSD po prostu sprawiło, że to przyjęłam i naprawdę po raz pierwszy chciałam tego spróbować. Kręciłam się, wszystko mi się rozsypywało, chodziłam z dziewiętnastu facetami naraz — a potem naprawdę zdecydowałam się spróbować na poważnie. Pewnie przez długi czas bym tego nie zrobiła, gdyby nie LSD.
 
Niektóre pary czuły, że – jak pan to ujął – kompresuje ono wiele doświadczeń w krótszym czasie.
 
R: Kiedy spędzasz z kimś trip na LSD – nie znamy się przecież aż tak dobrze, ale gdybyśmy wzięli razem LSD, znalibyśmy się bardzo dobrze.
K: Tyle się dzieje, że…
R: Czas się rozszerza, bo możesz wejrzeć głębiej w każdą chwilę.
K: Czasem jeszcze trochę się tego boję.
 
Brałem to może trzysta razy i za każdym razem nadal się boję.
 
R: Zawsze się boję, dopóki nie LSD nie zacznie działać. A jak zacznie, rozluźniam się. Nagle uświadamiam sobie, że wszystko jest w porządku.
K: Zawsze postanawiam sobie: wezmę o drugiej po południu. A potem nawet jeśli nie mam nic do roboty, mija mi od drugiej do dziewiątej wieczorem, zanim naprawdę to wezmę. Siedzę, myślę, sprzątam — bo nie znoszę bałaganu na haju. Zawsze wszystko posprzątam przed wzięciem. Jakieś osiem godzin mija, zanim jestem naprawdę gotowa. Chociaż myślę, że można wziąć za dużo.
R:  I za często — nie sądzę, żeby brać za często.
K:  Wiem, że przez jakiś czas trochę mi odbijało — brałam za dużo. Raz nawet dwa razy w tygodniu, ale nawet raz w tygodniu to za dużo, myślę. A może nie. Nie wiem. Może to za dużo dla mnie.
 
Czy uważasz, że to ma wymiar religijny? Czy jesteście w ogóle religijni?
 
R: Kiedy byłem religijny i wziąłem LSD, uzyskałem najgłębsze i najklarowniejsze rozumienie religii i tego, w co wierzyłem. Ale teraz nie jestem religijny i nie czerpię z tego żadnych przeżyć religijnych.
K: Ja tak, do tego stopnia, że nadal widzę piękno we wszystkim i zaczynam się zastanawiać, skąd przyszłam i o co w tym wszystkim chodzi. W tym sensie to nadal jest dla mnie religijne. Po prostu nie ma w tym nic o Bogu ani niczym takim, zdecydowanie. Myślę, że to jest religijne uczucie.
R: Ja zawsze układam plany biznesowe pod wpływem LSD.
K: Tak, robi to. Ale wcześniej nie robiłeś.
R: Największa zmiana, jaką LSD kiedykolwiek zrobiło w moim życiu, nastąpiła jakieś półtora roku temu. Nie miałem ani grosza, absolutnie nic, i byłem na haju, i z jakiegoś powodu stałem się bardzo niezadowolony ze swojego stanu. Stałem się naprawdę nieszczęśliwy i w tamtym momencie zdecydowałem: może będę pracować, może będę w ten sposób używać swojego umysłu. I teraz, przez dużą część czasu, kiedy to biorę, myślę o swojej działalności, o tym, co robię, wymyślam pomysły, jak to pchnąć do przodu – i nic z tym nie robię podczas tripu – ale zazwyczaj następnego dnia mam jakieś pięćdziesiąt pomysłów.
K: Wiesz, zawsze tak pięknie wyglądasz, skóra, oczy i wszystko. I chcę na niego patrzeć pod wpływem tego. Chcę wziąć, pewnie wezmę. Będę musiała spróbować porozmawiać z lekarzem i zmienić jego zdanie, bo nie sądzę, żeby dużo o tym myślał. Myślę, że jak go zapytałam, odpowiedział od razu nie, bo po prostu taka była jego pierwsza reakcja. Uważam, że to świetny pomysł. Czemu ten maluszek nie miałby wziąć LSD? Co mu z tego przyjdzie? Będzie widział rzeczy, będzie miał więcej niż teraz, to pewne. Teraz nic nie robi, prawda? Nawet się nie skupia, więc równie dobrze może halucynować albo mieć jakieś wewnętrzne doświadczenia. Jestem pewna, że może, bo musi coś odczuwać, kiedy jest głodny albo kiedy go karmię. Więc kiedy będę go karmić, to będzie jakieś dziewięćdziesiąt tysięcy razy cudowniejsze niż normalnie.
R: Jestem pewien, że twoja pierś wyda mu się trzydzieści razy większa i przyjemniejsza niż kiedykolwiek w życiu.
K: Pewnie właśnie coś takiego by się działo. Zastanawiam się, czy śnią – o czym on by śnił? Może śni o głosach, może o suficie. O czym w ogóle może śnić? Pewnie śni, że je, bo widzę, jak robi mmm, mmm, mmm przez sen. Ciekawe, jakie miałby halucynacje. Nie widzę, jak mogłoby mu to zaszkodzić, poza może fizycznie, do cholery. Może to byłby miły trip, ale może nie byłoby to dla niego dobre.
 
No cóż, nie ma sposobu, żeby to wiedzieć. Chciałbym wrócić do tego, o czym mówiłeś wcześniej – o tym, jak LSD wpłynęło na twoje myślenie o pracy i pieniądzach.
 
K: Spojrzałeś na swoje brudne spodnie…
R: Tak, pamiętam. Spojrzałem na swoje spodnie i były brudne — a ja zawsze ubierałem się bardzo niedbale. Długie włosy, nieogolony, przez kilka lat — byłem malarzem, rzecz jasna — i nigdy nie myślałem, że jest z tym coś złego. Właśnie w tamtym momencie poczułem, że nie daję sobie wystarczającego szacunku. Po pierwsze, myślę, że uświadomiłem sobie, ile mam lat.
 
Ile miałeś?
 
R:  Jakieś dwadzieścia cztery lata. Po prostu poczułem, że nadszedł czas, żebym miał swoje miejsce w społeczeństwie i zmierzał do czegoś, zamiast stać w miejscu. Zawsze fascynowałem się ludźmi tam na zewnątrz i zdecydowałem, że może i ja spróbuję. Wiem, że większość moich znajomych zawsze trzymała się od tego z daleka, od handlu, od gier społecznych. To nie jest coś, co u nich uchodzi za wartościowe. Ale uważam, że to też jest etap w życiu. Ludzie się zmieniają i gdzieś po drodze, myślę, każdy musi…
K: Musimy zarobić trochę pieniędzy, żebyśmy mogli potem siedzieć i brać LSD przez resztę życia.
R: Wiem, że czasem brałem swoje pomysły i zapisywałem je, a potem zaczynałem pracować nad wystawą albo planować coś, żeby zarobić, albo używać pieniędzy do zarabiania kolejnych, i to zawsze działa, za każdym razem. Znam milionera z Dakoty, który używa tego regularnie i zarobił na tym kolejne miliony. Mój księgowy jest łykiem LSD i prowadzi firmę, która rocznie robi ponad pięćdziesiąt tysięcy zeznań podatkowych; posiada kilkaset sklepów i wymyślił to wszystko na LSD. Znam jeszcze jednego faceta — artykuły przemysłowe — zaczął od niczego i w ciągu dwóch lat zbudował całkiem pokaźną firmę. Bierze swoje LSD i idzie do pracy. Myślę, że LSD robi ludzi mądrzejszymi. Możesz wziąć człowieka o niskim, bądź przeciętnym intelekcie i dać mu LSD, i dwa lata później będzie sto razy mądrzejszy. Nie wiem, czy da się to udowodnić ani czy to w ogóle prawda – to po prostu moje odczucie. Stajesz się mądrzejszy. Czytasz książkę i więcej zapamiętasz, więcej z niej wyciągasz. Myślę, że w każdym jest jakaś ukryta wiedza i można po nią sięgnąć. Znam wielu ludzi, którzy używają LSD, żeby się rozwijać, mnóstwo w show-biznesie. Nie powiem kto, ale znam kilka bardzo sławnych osób. Ameryka by zadrżała, bo jedną z nich jest filmowy idol, uosobienie prawdziwego Amerykanina.
 
Rozszerzam moją galerię i zatrudniłem tę dziewczynę do wszystkiego, doskonała sekretarka i świetna asystentka dyrektora. Potem zatrudniłem faceta jako współdyrektora, bardzo błyskotliwego, i nic o nich nie wiedziałem, ale lubię ich, porządni, typowo amerykańscy. Pracują tu dwa tygodnie i dowiaduję się, że oboje biorą LSD i cały czas palą hasz. Przedtem był kierownikiem w agencji reklamowej, a wszyscy jego znajomi z agencji biorą LSD. Znam tak wielu czołowych projektantów mody w tym mieście, którzy biorą LSD. Jest mnóstwo takich ludzi, ale tak jak ja nie podpisałbym się pod tym swoim nazwiskiem, bo zbyt niekorzystnie wpłynęłoby to na moją karierę, chyba że byłbym tak zamożny, że nie miałoby to znaczenia. Trudno jest mieć rozwijającą się karierę i być z tym kojarzonym. A w codziennym życiu i tak cały czas spotykasz takich ludzi. Nie mamy pojęcia, ilu senatorów i sędziów bierze LSD.
K: Sędziowie są dość starzy…
R: Znam specjalistę od komputerów, projektanta i programistę, który bierze LSD. I wielu ludzi z różnych branż i zawodów, którzy też biorą regularnie. I wszyscy mówią, że przez to są lepsi w tym, co robią – i wszystkim idzie, bo biorą LSD. Tak jak ten malarz tutaj – stał się tak dobry tylko dlatego, że brał LSD. Był na haju i rozwinął swoją technikę, przemyślał to i zaraz potem wypróbował. Robi coś, czego nikt inny nie robi.
K: Artyści nie lubią tego przyznawać. Nawet R. nie lubi, ale wiesz, że jego obrazy się zmieniają.
 
Mówi się, że amerykański biznes oparty jest na agresywnej konkurencji — ale jeśli LSD sprawia, że jesteś bardziej miłujący, czy to nie stoi ze sobą w sprzeczności? Jak faktycznie wpływa na twoje nastawienie w biznesie?
 
R: No cóż, moim zdaniem wszystko, co robisz, powinno przynosić rozsądny zysk — i myślę, że LSD może pozwolić ci zarabiać pieniądze po prostu przez bycie sprytnym, zamiast przez bycie oszustem. Jestem bardzo uczciwy wobec wszystkich i wszyscy, których znam, wydają się bardzo etyczni — nie śniłoby im się wyrolować kogokolwiek. Nawet J., który ma tonę prawników, uważa, że każdy jego ruch jest chroniony i daje wszystkim innym odpowiednią możliwość bycia chronionym. Myślę, że sztuczka w biznesie to głównie niepozwolenie sobie na bycie skrzywdzonym — nie tyle próba wyciągnięcia czegoś od kogoś. Jeśli przez dziesięć lat nie pozwolisz nikomu się pobić, to pewnie jesteś bogaty i odnoszący sukcesy, bo właśnie tam ludzie tracą większość pieniędzy. Agresywność nie musi oznaczać krzywdzenia innych. Kupić dobrą nieruchomość, o której ktoś inny nie wie, że jest dobra — to co innego niż sprzedać komuś coś, o czym wiesz, że jest złe. Znam pośredników nieruchomości, którzy robią świetne zakupy — wiedzą, gdzie szukać, gdzie nikt by nie pomyślał, że jest coś wartościowego, i sprzedają z bardzo ładnym zyskiem. Ale wątpię, żeby kupowali coś złego i sprzedawali to dalej — co wielu pośredników robi. Wielu sprzedaje ziemię, do której nie ma aktów własności, i tym podobne.
 
Czy uważa pan, że LSD jest afrodyzjakiem?
 
R: Nie sądzę, żeby naprawdę nim było.
K: Dla nas naprawdę nie.
R: Myślę, że jeśli weźmiesz to i akurat masz na coś ochotę — sam nigdy tak naprawdę nie uprawiałem seksu pod LSD, ale wiem, że każde doznanie seksualne czy choćby uścisk na LSD jest natychmiast spotęgowany.
K: Nigdy tak naprawdę do tego nie dochodziło, wszystko inne było tak piękne. Pod koniec, owszem, zawsze tak, mniej więcej po dwunastej godzinie. Jeśli braliśmy o ósmej wieczorem, to gdzieś o ósmej, dziewiątej rano mogliśmy mieć na to ochotę. Ale ogólnie wszystko inne było tak piękne.
R: Pierwszy raz, kiedy na nią spojrzałem i powiedziałem, że ją kocham, powiedziała mi potem: „Och, kiedy to powiedziałeś, wszystko eksplodowało.”
K: Tak, przysięgam, to jest dokładnie tak, jak widzisz w filmach i kreskówkach. Ktoś mówi „kocham cię” i dziewczyna widzi gwiazdy. Właśnie tak się stało. To było szalone, naprawdę tak było. Przysięgam. Do tamtej chwili w ogóle tego nie chciałam. Bałam się tego bardziej niż czegokolwiek innego, a potem w tamtej chwili wydało mi się to po prostu właściwe. To prawda. Było jak światła, jak gwiazdy, ale eksplodujące. Rozumiem, skąd biorą się myśli – jedna z rzeczy, które mnie przestraszyły na tripie – nie widzę, jak do tego może dojść, ale gdzieś w głowie pojawiły mi się myśli o wyskoczeniu przez okno. Pamiętam, jak będąc na haju od LSD byłam u R. i wyjrzałam na ulicę, a ona wyglądała tak miękko, całe powietrze było takie miękkie… Ale i tak nie zamierzałam skakać, bo to nie był mój styl, skakanie przez okna. Pamiętam tylko, że pomyślałam: no cóż, nie wiem dlaczego, ale jestem pewna, że po prostu spłynę na dół.
R:  Wiem, zawsze wygląda tak miękko, ale i tak nie skaczę, bo wiem, że to zaboli.
K: To mniej więcej to samo, co ja pomyślałam
R:  Pamiętam raz — M. i R. przechodzili obok okna, a ja byłem bardzo na haju i wyjrzałem i krzyknąłem: „Patrzcie na księżyc!” Oni spojrzeli w górę, wpadli w panikę, wbiegli po schodach i mówią: „Nie skaczcie!” A ja na to: „Nie bądźcie śmieszni, czy zdajecie sobie sprawę, co by mi się przydarzyło? Byłbym zmasakrowany. Myślicie, że jestem szalony?”
K: Chodziłam po ulicy na LSD, robiłam na tym przeróżne rzeczy. Raz pojechałam na Wystawę Światową na LSD, wierzycie w to?
R:  Znam ludzi, którzy pracowali jako kelnerki na haju. To musiało być ciężkie.
K: Wolałabym nie, wolałabym nie. Przez pierwsze pięć godzin za wiele nie można zrobić.
R:  Myślę, że jeśli się skoncentrujesz na czymś, możesz prawie pozbyć się efektu.
K:  Tak. Musiałam się opanować kilka razy i byłam w stanie.
R: Ona mówi mi od roku, że powinienem przestać się koncentrować albo po prostu się odchylić i zrelaksować, i nic nie myśleć, co postanowiłem zrobić po ostatnim tripie. Na ostatnim tripie myślałem o sprawach biznesowych i nie spałem całą noc, bo wpadłem w panikę przez kogoś, kto miał mnóstwo moich obrazów. Wyglądało to na dobry interes, a ten ktoś wciągnął wielu ludzi, dużo pieniędzy, dużo obrazów. A ja byłem na LSD i powiedziałem sobie: „Wiesz co, to szwindel i ten facet wyrobi mnie z czterdziestu obrazów.” Trzymając się książki, którą kiedyś napisałeś, możesz myśleć, co chcesz pod wpływem LSD, ale nic z tym nie rób. Więc pomyślałem: dobrze, nic nie zrobię do rana. O ósmej rano zadzwoniłem do spedytora i kazałem zabrać wszystkie obrazy. I okazało się, że wszyscy zostali wyrolowani, wszyscy stracili pieniądze. Po tym zdecydowałem: następnym razem w ogóle nie będę myśleć o biznesie. Pomyślę o czymś innym, albo o niczym, albo po prostu się zrelaksuję. Ale odkąd biorę, zawsze o czymś myślę. Właściwie zawsze czułem, że to jest bardziej umysłowe niż fizyczne, że całe to widzenie, czucie, słyszenie i wszystko to było chwilowe i znikało po kilku godzinach. Najbardziej przyjemna była dla mnie po prostu czysta myśl. 
K:  Dla mnie też, ale z zamkniętymi oczami, leżąc na łóżku. Założę się, że myślę o wiele więcej rzeczy niż ty, bo ty spędzasz czas koncentrując się na tym, o czym myślisz, a ja po prostu… te wszystkie rzeczy płyną. Oczywiście potem nic nie zapisuję i wiele z tych błyskotliwych myśli zapominam. Więc nie wiem, chyba twój sposób też jest okej. Dla mnie LSD to urlop. Dla ciebie nie.
R: No cóż, dobrze jest mieć magnetofon przy LSD — bo najbardziej zaskakujące jest to, że naprawdę nie brzmisz dziwnie. Brzmisz prawie tak samo jak zwykle. A po drugie, stwierdzasz, że naprawdę jesteś dowcipniejszy, naprawdę myślisz o wiele więcej niż trzeźwy. To było moje pierwsze zaskoczenie: słuchałem potem nagrań i to tam było, rozmawialiśmy i byliśmy naprawdę śmieszni, inni też by się śmiali. I stwierdzasz, że chyba jesteś bardzo szczery wobec siebie. Mówisz rzeczy, których normalnie byś nie powiedział, albo o których nikt by nie wiedział, że myślisz lub czujesz.
 
No dobrze, dziękuję wam.


Prezentowany przeze mnie wywiad jest tłumaczeniem tekstu, który pojawił się w książce Ralpha Metznera*, The Ecstatic Adventure – Reports of Chemical Explorations of the Inner World.  Autor był jednym z pionierów badań nad terapeutycznymi właściwościami psychodelików. Tutaj dostępne są polskie wydania jego książek. 

Last modified: 04.06.2026

Close